Miała być duża
kładka. Pozazdrościłem takowej przy ostatniej rozgrywce. Przywiózł
ją Szreder (a może Andrzej) wraz z dodatkowymi budynkami jako
wzbogacenie Mordheim. Chęć posiadania przekuto w czyn. Nożyk,
patyki do lodów, klej, muzyka i do boju. Powstał most. To i lepiej
bo czaję się na scenariusz, którego nigdy nie mieliśmy okazji
rozegrać, zatytułowany „Most”.
Wyruszywszy ze
Sparty, z polis leżącego w Lakonii na południu Peloponezu szybko
przekonali się, że nie będzie to zwykły zwiad. Coś wisiało w
powietrzu, coś co zmieni ich losy, coś co na zawsze obróci w pył
znany im świat. Nie tylko czuli to. Widzieli znaki… pioruny
goniły się po niebie, Olimp drżał w posadach. Bogowie albo się
gniewali na ludzi albo … na siebie! Niech ich Zeus ma w swym
miłosierdziu.
Lato było upalne tego
roku.Od świtu słońce nie oszczędzało
mizernie zapowiadających się plonów i swymi promieniami paliło wszystko, na co
padło. Kurz i smród od dawna nie zmytego
przez deszcz miasta, wdzierał się przez
niedomknięte okiennice. Kład się po przepracowanej nocy, gdy wszyscy właśnie
wstawali. Jak to mawiali starożytni: „ktoś musi nie spać, by spać mógł ktoś”.
Kładł się, zmęczony jak spasły strażnik miejski po pościgu za zwinnym rabusiem,
jak koń po dniu
przy orce, gdzie w nagrodę smagany jest batem ….. Kładł się i
wiedział, że sen nie przyjdzie choć tyle sił będzie jeszcze dziś potrzebował.
Toż to właśnie dziś przekroczy wrota Labiryntu Śmierci wraz z grupą przyjaciół.
Tyle już razem przeszli, przeżyli przygody, o których niejedni nie są wstanie
marzyć, wyobrazić sobie tego. Może na nich liczyć, a zarazem są najbardziej
nieobliczalnymi ludźmi w tej części krainy, zwanej Culmsee.
Bez zbędnych dyrdymałów i banialuków o wojnach zła i dobra; na wstępnie było zgodnie ze współczesnymi trendami, żadnych sojuszy, żadnych różnic, barier, klas ani podziałów rasowych ... napierdzielanka sprawiedliwa: każdy na każdego! I oto pierwszy kadr i pierwsza reprezentacja: Orks!